Różne drogi prowadzą do bezdzietności. Napisz, jeśli odczuwasz potrzebę podzielenia się ze mną (z nami) swoją historią, opisem zdarzeń, sytuacji, które przyczyniły się według Ciebie do bezdzietności. Twoje doświadczenia, refleksje mogą mieć duże znaczenie dla innych, młodszych i starszych. Tekst należy umieścić w zakładce KONTAKT.
Proszę o zaznaczenie czy tekst może być opublikowany na stronie czy tylko do mojej wiadomości.
Moja historia
Mam na imię Halina. Chcę opowiedzieć swoją historię jak doszło do tego , że jestem osobą bezdzietną. Obecnie mam już swoje lata, ponad siedemdziesiąt lat i patrzę wstecz na swoje życie. Trudno znaleźć w nim jakieś radosne momenty takie szare, zwykłe dni. Urodziłam się na wsi w rodzinie jak dawniej nazywano chłoporobotnika. Ojciec dojeżdżał do pracy , wstawał o świcie wracał w okresie zimy prawie już w nocy. Jeszcze musiał obrabiać kawałek naszej ziemi. Miałam czworo rodzeństwa, mama zawsze zabiegana, spracowana i zmęczona. Rodzice raczej nie pieścili się z dziećmi. Nie było ani urodzin ani imienin. Jedynie w święta była jakaś uroczysta atmosfera, trochę radości dla dzieci z otrzymanych cukierków lub skarpetek od św. Mikołaja. Takie były czasy i taka bieda u większości ludzi. Poszłam do wiejskiej szkoły podstawowej a później do znajdującej się w najbliższym miasteczku zasadniczej szkoły gastronomicznej. Mieszkałam w internacie i to było dla mnie nowe życie, koleżanki i koledzy. Dużo się od nich uczyłam. Oczywiście była ogromna dyscyplina, opiekunowie w internacie cały czas nam powtarzali, że są odpowiedzialni za nas i nie będą tolerować żadnych wybryków. Po zawodówce nie wiedziałam co dalej robić, wróciłam do domu, do gospodarstwa. Wkrótce napisała do mnie koleżanka z zawodówki, że znalazła pracę na Śląsku w stołówce jakiejś kopalni. Pisała, że potrzebują kobiet do pracy, przyjeżdżaj ja ci pomogę, będzie mi raźniej, bo tu są inni ludzie i czuję się niepewnie. Ojciec dał mi parę groszy na bilet i jakoś z wieloma przesiadkami trafiłam do mojej koleżanki.
Zamieszkałam w hotelu robotniczym, dużym bloku. Koleżanka załatwiła wspólny pokój. I tak się zaczęło moje nowe życie. Byłam onieśmielona wszystkim dookoła, ludźmi w hotelu, miastem, ruchem, tramwajami. Pracowałam w kuchni więc wyżywienie miałam za darmo. Kupowałam sobie po trochu jakieś nowe rzeczy z ubrania, chciałam lepiej wyglądać. Patrzyłam na te Ślązaczki jakie są wystrojone, bogate , gdzie mi do nich biednej dziewczynie. W hotelu mieszkali ludzie z całej Polski, mężczyźni i kobiety w jednym bloku. Co jakiś czas organizowali w świetlicy zabawy. Za parę groszy można było sobie potańczyć , napić się oranżady a nawet mężczyźni przemycali jakiś alkohol. Przez parę miesięcy nie dałam się namówić na zabawę. Byłam onieśmielona i taka jakaś przestraszona tym wszystkim. W końcu dałam się namówić. Moja koleżanka miała już swoich znajomych i zapoznała mnie z nimi. Było sympatycznie, przełamałam opory.
Na którejś z kolei zabawie przysiadł się do nas przystojny brunet, technik od jakichś spraw na kopalni. Był dowcipny, wesoły, wszystkich oczarował a przede wszystkim mnie. Zapraszał mnie do swojego pokoju, ale zdecydowanie odmawiałam a on cały czas czarował. W końcu po jednej z zabaw, zakrapianych alkoholem dałam się namówić na wizytę w jego pokoju. I stało się. Zakochałam się bez pamięci. Miałam wtedy 19 lat i żadnego doświadczenia w tych sprawach. Byłam zakochana i gotowa na każde jego skinienie. Po jakimś czasie chodzenia z głową w chmurach okazało się, że jestem w ciąży. Pobiegłam do niego z radosną wiadomością a spotkałam się z chłodem, pogardą, wyrzutami, że jestem głupia myśląc, że się ze mną ożeni, takich puszczalskich ma na pęczki i żebym sobie radziła sama, on nie chce mieć ze mną nic wspólnego. To była dla mnie tragedia, świat mi się zawalił. Co ja teraz pocznę, przecież nie dam sobie rady, nie mam mieszkania, jak utrzymam dziecko, na wieś nie wrócę, bo wstyd, rodzice się mnie wyrzekną. Miałam zamęt w głowie. Koleżanka zauważyła, że coś złego się ze mną dzieje, powiedziałam jej o co chodzi. Rozmawiałyśmy długo na ten temat, zastanawiając się co dalej. W końcu spytała czy chcę mieć to dziecko. Odpowiedziałam, że jestem załamana, przerażona i chyba nie dam rady. Wtedy podała mi adres lekarza i powiedziała, że wszystkie tam chodzą. Poszłam i ja. I tak się zaczął mój drugi koszmar. Po zabiegu wróciłam do hotelu, w portierni pani z ironią spytała: czy wiesz, że twój „kochaś” właśnie się wyprowadził. Kiedy, gdzie?! A kto to wie, wczoraj wieczorem, a gdzie? Nikomu się nie opowiadał! Zrobiło mi się słabo, teraz już zostałam całkowicie sama ze swoimi problemami. Dowlekłam się do pokoju. Koleżanki nie było, wyjechała na sobotę i niedzielę do domu. Byłam sama ze swoją rozpaczą, do nikogo się odezwać, poskarżyć. W nocy dostałam temperatury, zeszłam do portierni po jakieś lekarstwo, powiedziałam, że bardzo się przeziębiłam. Dały mi jakieś tabletki, biseptol i coś jeszcze, powiedziały jak to brać. Przeleżałam całą niedzielę. Nie byłam w stanie wstać rano w poniedziałek do pracy. Na szczęście wróciła koleżanka, usprawiedliwiła mnie w pracy i poprosiła o wolne 2 dni. Poszła do tego lekarza i dał mi odpowiednie leki. Z trudem dochodziłam do siebie. Zdrowie się poprawiło, przecież byłam młoda. Gorzej z wyrzutami sumienia. Koleżanka mi tłumaczyła, że przecież to nie jest grzech, bo to jest dozwolone, prawo na to pozwala. Ja jednak czułam tę tragedię w sobie. Odsunęłam się od kościoła, nawet na spowiedzi bym się nie przyznała do tego, więc z takim grzechem nie mogłam przekroczyć progu kościoła. Pracowałam i mieszkałam nadal w tym samym miejscu. Nie ciągnęły mnie już żadne zabawy a na mężczyzn patrzyłam z wrogością. Byłam oszczędna, uskładałam trochę pieniędzy. Czułam się bardziej bezpieczna. Zapisałam się do technikum gastronomicznego. Nauka szła mi dobrze. Zrobiłam maturę. W pracy awansowałam, lepiej zarabiałam, mogłam trochę pomóc rodzinie. Myślałam o własnym mieszkaniu, lecz jako osoba młoda, samotna i bezdzietna, nawet w kopalni były małe szanse aby je dostać.
Po paru latach pracy przyznano mi wczasy nad morzem. To była wielka radość. Nigdy nie byłam na wczasach, urlopy spędzałam w rodzinnej wsi pracując w gospodarstwie, a tu taka niespodzianka, wczasy i to jeszcze nad morzem. Tam sią odmieniło moje życie. Kiedyś w jadalni wdałam się w rozmowę z taką miłą kelnerką na temat oczywiście jedzenia. Wtrąciłam, że znam się na tym, bo jestem po technikum gastronomicznym i pracuję w gastronomii. Na to ona, że szef poszukuje kierownika kuchni, bo sam nie daje rady, szczególnie w sezonie urlopowym. Ja panią zaprowadzę do szefa, porozmawiać nie zaszkodzi. Więc poszłam po obiedzie do jego pokoju. Miałam wtedy już 27 lat i trochę więcej doświadczenia życiowego. Gdy weszłam spojrzał na mnie tak dziwnie, jakby zaskoczony, zdziwiony. Powiedziałam o co chodzi. Bardzo się ucieszył, widziałam, że jest zadowolony. Zaprosił mnie na kawę, potem spotykaliśmy się każdego dnia po moich morskich kąpielach a jego pracy. Rozmawialiśmy o życiu i pracy. Spodobał mi się ten człowiek, był kawalerem, o 8 lat starszym ode mnie. Opiekował się matką i młodszym rodzeństwem. Mówił, że nie miał czasu kogoś znaleźć, tylko praca i obowiązki. Nie nalegał na żaden bliski kontakt i to mi się bardzo podobało. Nie było wielkich słów o miłości a ja i tak czułam, że ten człowiek zakochał się we mnie. Moje wczasy się skończyły. Z jego strony padła nieśmiała propozycja abym przeniosła się do tej nadmorskiej miejscowości. Oferuje mi pracę, na razie pokój służbowy w ośrodku i przyrzeczenie, że będzie tęsknił i czekał na moją decyzję. Trudna sprawa. Koleżanka radziła abym poważnie podeszła do sprawy, ale gdyby nawet doszło do czegoś złego to mam, gdzie wrócić. Na Śląsku zawsze znajdę pracę i mieszkanie.
Pisaliśmy do siebie listy, dzwonił do pracy albo na portiernię w moim hotelu, wykazywał zainteresowanie i troskę o moje sprawy. Czekał cierpliwie a ja nie wiedziałam co począć. W końcu przyjechał do mnie i powiedział, że odjedzie ale tylko razem ze mną. Wzięliśmy skromny ślub, poznałam jego rodzinę. Pracowaliśmy razem w tym ośrodku. Potem już można było otworzyć własną małą gastronomię. Pracowaliśmy i coraz lepiej nam się wiodło. Kupiliśmy działkę, zbudowaliśmy dom. Ale nie mieliśmy dzieci. Gdy przekroczyłam 34 lata zaczęło się coraz bardziej nerwowe zabieganie o dziecko. Badania, terapie, kąpiele itp. zabiegi, byłam umęczona i załamana. Skrywałam przed mężem moją straszną tajemnicę, ponieważ w niej upatrywałam przyczynę swojego nieszczęścia. Wydawało mi się, że wszyscy ze mnie szydzą, wyśmiewają, pogardzają mną. Czułam się podle, wpadałam albo w rozpacz, albo depresje. Bardzo ciężko to przeżywałam. Na matki z dziećmi raz patrzyłam z radością, innym razem z zazdrością i złością. Mąż mnie pocieszał, przysięgał, że nie zależy mu na dzieciach, że przecież jesteśmy razem, kochamy się, tak też można żyć i cieszyć się życiem. Ale ja wiedziałam swoje. Gdy przekroczyłam czterdziestkę, powoli traciłam nadzieję na potomstwo. Rozważaliśmy adopcje, ale przestraszyliśmy się odpowiedzialności. Skupiliśmy się na pracy, bo to nam dawało zadowolenie. Pomagaliśmy materialnie naszym rodzinom i tak mijał czas. Wciągnęliśmy do pracy siostrzeńca mojego męża, który jest podobny do niego z charakteru, spokojny, pracowity, uczciwy. Nie pomyliliśmy się, można było na nim polegać. Mając już zastępcę, zaczęliśmy żyć spokojniej. Wyjeżdżaliśmy na wczasy, na wycieczki zagraniczne, poznawaliśmy świat, bo do tej pory była tylko praca i praca. Niestety po 38 latach małżeństwa mąż nagle zmarł, na rozległy zawał serca. Zawsze był zdrowy, ale jak większość mężczyzn stronił od lekarzy, ciężko pracował i to często w stresie. Zostałam sama. Pomagam jak mogę naszemu siostrzeńcowi, żeby nie myśleć o życiu. Mieszkam sama w tym naszym domu. Tęsknię za mężem. Najgorsze są wieczory i noce. Nie będę więcej o tym pisać bo od razu gorzej się czuję. Lepiej o tym nie myśleć i żyć chwilą.

